HUCULI
Huculski dudziarz, fotografia z 1930 r.
CZERWONY PAS
| Czerwony
pas, za pasem broń, i
topór, co błyszczy z dala. Wesoła
myśl, swobodna dłoń, to
strój, to życie górala. Tam
szum Prutu Czeremoszu Hucułom przygrywa, a
wesoła kołomyjka do tańca porywa. Dla
Hucuła nie ma życia jak na połoninie, gdy
go losy w doły rzucą - wnet z tęsknoty ginie. Gdy
świeży liść okryje buk i
Czarnohora sczernieje, niech
dzwoni flet, niech ryczy róg, odżyły
nasze nadzieje.
Pękł
rzeki brzeg, popłynął lód, Czeremosz
szumi po skale. Niech
w dobry czas kędziory trzód weseli kąpią górale |
Połonin
step na szczytach gór, tam
trawa w pas się podnosi, tam
ciasnych miedz nie ciągnie sznur, tam
żaden pan ich nie kosi. Dla
waszych trzód tam paszy dość, tam
niech się mnożą bogato, tam
runom ich pozwólcie róść, tam
idźcie na całe lato. A
gdy już mróz posrebrzy las, ładujcie
ostrożnie konie. Wy
z plonem swym witajcie nas, my
z czcią podamy dłonie. |
słowa Józef Korzeniowski (zobacz rozdział: Ludzie)
Henryk Gąsiorowski (major WP, autor przedwojennych przewodników turystycznych po Karpatach) napisał kiedyś, że „Huculi to najciekawszy zabytek etnograficzny nie tylko na ziemiach polskich, lecz i w Europie”.
Rzeczywiście, to wyjątkowy lud, ci Huculi. Stanowią niespotykaną mieszaninę antropologiczną i kulturową. Można spotkać wśród nich typy polskie, ukraińskie, węgierskie, rumuńskie, a nawet cechy antropologiczne tureckie i tatarskie czy wreszcie cygańskie i ormiańskie. Mieszanka krwi, niezależność, jaką dają nieprzebyte góry, koczowniczy tryb życia, ukształtowały lud pełen romantyzmu, pierwotnej szlachetności, poczucia honoru i dumy.
Hucuł od narodzenia do śmierci żył w świecie magii, wierzeń i demonów. Lasy, połoniny, potoki zaludniały różnego rodzaju złe siły. Człowiek mógł się przed nimi bronić zaklęciem, zielem, modlitwą.
To wymieszanie ludnościowe i językowe, a także obyczajowe, spowodowało, iż folklor huculski stał się wyjątkowo bogaty. Dominują w nim związane z pasterstwem elementy wołoskie oraz ukraińskie i polskie.
Tradycje, obyczaje, świadomość własnej odrębności były na tyle silne, że w dużej części przetrwały największy kataklizm, jaki dotknął te ziemie, czyli epokę Związku Radzieckiego. Hucuł zawsze miał duszę wolnego człowieka, a takie poczucie wolności dawały góry, dzika przyroda, gdzie żaden pan, czy sekretarz się nie zapuścił.
Wśród Hucułów niewielu jest rolników, ludność, jak dawniej, żyje z wyrębu lasów i pasterstwa. Charakterystyczną cechą kultury huculskiej są ogromne wsie, np. Werchowyna (dawnej Żabie) rozciąga się na powierzchni ponad 600 km kw. Poszczególne domy przedzielają wielkie pastwiska i łąki.
Liczbę ludności huculskiej szacuje się dziś na 300 tys. Posługują się oni gwarą huculską, mową z grupy karpackiej języków ruskich, blisko związanych z językiem ukraińskim. Zdaniem części językoznawców jest to dialekt języka ukraińskiego.
Zachowały się jeszcze tradycyjne domostwa, czyli kompleksy budynków otoczone masywnym płotem z bramą. Huculi nazywają ja grażdą. Prosta budowla stawiana wysoko w górach, służąca za mieszkanie drwalom i pasterzom to koliba.
Na przełomie XIX i XX wieku ku kulturze huculskiej zwrócili się pisarze i artyści, zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. O Hucułach opowiada epopeja Stanisława Vincenza: „Na wysokiej połoninie”, którą niektórzy porównywali do „Pana Tadeusza”. Dla twórców ze Lwowa i Galicji Huculszczyzna była tym, czym Podhale dla Krakowian.
Tradycyjny styl życia, ubiór, folklor i wierzenia pozostają żywe, aż po dziś dzień. Przekonaj się o tym sam.
Stanisław
Vincenz*
Na wysokiej połoninie. Prawda starowieku. Wydawnictwo Pogranicze.
ZA
GŁOSEM TREMBITY
Od pierwowieku, w wyroków
noc. Piorun, las i wodospad, trzej szumni posłańcy, radeczkę radzą, jak począć
trembitę. W rewaszach starowieku przekazane tak:
„Weź na trembitę suchar
ze smereki, zdartej przez piorun, skruszonej piorunem. Wydrąż go w trąbę, szczelnie
spleć i ściśnij łykiem z brzeziny spod wodospadu, z piany i z szumu.”
I tak tłumaczy rewasz
dawniej, dziś i jutro:
„Niech ma trembita gromu
moc, donośność! Wodą wygrana, niechaj się osłucha z wszelaką tajnią wód, rodem z
puszcz. Niechaj zagarnia, niech łączy jak woda.”
Z
takim zamysłem sporządzona trembita, wyrzutnia dla grotów, co mają przeciąć dal,
wyciąga się niezmiernie długo: trzy metry przeszło. A zbiera się, ściska w przekrój
znikomy: w ustniku niespełna cal, w wydechu zaledwie trzy cale. Sucha, gładko spleciona
łykiem, aż błyszcząca, leciutka, choć długa. Wytworna jak dziewczyna górska, a
oporna jak gdyby niema. Człek nieświadomy gry nie wie co z nią począć, dopiero dla
piersi mistrza, dla tchu wataha dostępna.
Z
pioruna, z lasu, z szumu wód, z wyrocznej nocy poczęta, rozdziera zapory. Z niej
wytryskują jutrzenki, gody radosne i smutne, z niej wylewają się pory roku, lata i
wieki. Ona, wyroczna postać kraju i ludzi Wierchowin, dzisiaj się światu ogłasza.
Odzywa
się na uroczystości świąteczne: na Boże Narodzenie, na Święty Wieczór i podczas
Pasterki przez całą noc rozbrzmiewa rozgłośnie po górach z chaty do chaty, a głos
przelatuje przez niedostępne i zaśnieżone, samotne puszcze. Chadza za kolędnikami,
którzy ze światłem i z muzyką wspinają się po wąskich i stromych ścieżynach.
Góry i puszcze drzemią zacisznie uśpione w śniegu, a głos skrzypeczek wnikliwie wije
się wśród nocy. Wtóruje im potężnie trembita.
Kolęda potęguje ten
spokój snu zimowego i wzmaga poczucie błogiego bezpieczeństwa.
W
Święty Wieczór jest tak, jakby się leżało na łonie Bożym. Czas się zatrzymał.
Świat i Bóg jest tak dobry, że nawet Archijudę, wodza czortów, Archanioł spuszcza z
łańcucha, aby się poprawił. I ludzie nie boją się go wtedy, zwłaszcza że kolęda
broni wsi przed jego mocą.
Na
Wielkanoc trembita radośnie głosi Alleluja. Przez zimę, przez posty i po Wielkiej Nocy
milczy trembita. Dopiero gdy święty Jurij zazieleni ruń połonin, po której dotąd
tylko niedźwiedź senny chodzi, a raczej wygłodniały słania się po ciężkim śnie
zimowym - a lawiny jak wystrzały armatnie w ponurym uroczysku skalnym pod Szpyciami w
Czarnohorze, dając pierwsze sygnały, hukają na cześć wiosny - odzywają się
trembity. I pieśń mówi, że wtedy święty Jurij dmie w trąbę żubrową. A gdy po
lasach rozejdą się odgłosy, wszystkie ptaszęta odniemieją. Już, już niedługo
popłyną roje owiec, i kóz, i najróżniejsza chudoba: łagodne i flegmatyczne lub nieco
rozkapryszone i grymaśne, wypiastowane przez gazdów, nieraz od cielątka w izbie za
piecem chowane krówki - i ciężkie, ponure, spode łba patrzące, nieraz groźne buhaje.
I konie przeróżne, całe ich stada; huculskie konie, łyskające dzikim i gniewnym
spojrzeniem, z cienkimi nogami, z potężną piersią, z szeroką szyją, bujną grzywą.
Myszate, kare, bułane, węgorzowe, śmietankowe. Popłyną od wsi ku połoninom i wyroi
się wiosenny ruch, co od wieków porósł wzorzystym kwieciem zwyczaju - c h ó d p
o ł o n i ń s k i. Potem już na pastwiskach wysoko odbywa się mieszanie trzód.
Tysiące chudoby, pasterze, psy i trawy, wraca stara wspólnota.
(...)
Połonina, na którą przyprowadza się owce i bydło, według słów pieśni, dumna jest
z tego. Harda, nieprzystępna okrywa się mgłami, jakby chustami. Dzień w dzień przez
całe lato grają trembity, zwołując pasterzy spod szczytów, z rozległych stepów
górskich, z łączek i kępek ukrytych po skałach i berdach, zwołują do posiłku, do
podoju i na nocleg. Jest jeszcze jeden tylko głos równie donośny, to głos wroga
połonińskiego, straszliwy ryk niedźwiedzia, o ile przepędzi go się od ofiary, albo
gdy wsiadłszy na wołu lub krowę, która ucieka w strachu śmiertelnym, wali łapą po
karku i ssie krew; gdy chce zastraszyć broniących stad pasterzy albo gdy jest raniony. A
dźwięk trembity donośny jest wprawdzie, lecz jakżeż łagodny, słodki, kojący, jak
gdyby dźwięczały błękity fletnią zza obłoków nad szczytami. I pasterze i chudoba,
zbłąkani w gęstych mgłach, witają ten głos radośnie, śpieszą doń, od
najmniejszego jagnięcia, co ledwie plącze nogami, aż do groźnego buhaja.
*
o autorze przeczytasz w rozdziale: Ludzie
źródło:
Aleksander Smoliński Ciekawe dzieje barwy 49 Huculskiego Pułku Strzelców z lat 1937 – 1939, Pro memoria, styczeń 2004
Ukraina – praktyczny przewodnik. Wydawnictwo Pascal.