Powrót

Artykuły, reportaże

Huculi idą do biznesu  - Tygodnik Powszechny, Nowa Europa Wschodnia nr 3 (51/2005)

Szlaki Czarnohory: w sercu Huculszczyzny - Gazeta Wyborcza – Turystyka (27-28 sierpnia 2005)

 

 Tygodnik Powszechny, Nowa Europa Wschodnia nr 3 (51/2005)

Huculi idą do biznesu


Ukraińska prowincja: opowieść o ludziach, którzy inwestują w turystykę oraz w wykształcenie swoich dzieci

Huculszczyzna, legendarny region w Polsce międzywojennej, o randze Zakopanego. Dorobek ten zmarnowano w czasach ZSRR. Dziś Huculszczyzna wraca do tradycji dzięki zaradnym ludziom. Takim jak Saszka, Kikinczukowie, Medwedczukowie.

Piotr Janczarek

Główna ulica Jaremcza. Po prawej ładny budynek przedwojennego dworca, po lewej ściany gór, schodzące do Prutu. Na wprost wyniosłe szczyty Gorganów. Miasteczko, nieco na wyrost nazwane “perłą ukraińskich Karpat”, robi przyjemne wrażenie: centrum zadbane, niedawno pojawiły się drogowskazy.

Skręcamy nad Prut. Ten zakątek, pięknie położony wśród starych drzew, do dziś nosi nazwę “Morskie Oko”. Przed wojną była to dzielnica willowa. Pozostały po niej ruiny modernistycznych budynków.

Prowadzi Sasza, 30-latek. Do niedawna inżynier i porucznik ukraińskiej armii, teraz właściciel pensjonatu i przewodnik górski. Schodzimy ku rzece po resztkach schodów; gdzieniegdzie zachowały się zdobione, stalowe poręcze. Zaglądamy w okna bez szyb, przez które widać lekarskie wagi, biurka, sprzęt sanatoryjny. Po 1945 r. budynki zajęły socjalistyczne sanatoria i eksploatowano je, póki się dało, a potem porzucono.

Na stronie internetowej Jaremczy można przeczytać, że przed 1939 r. działało tu 45 pensjonatów, takich jak: “Warszawianka”, “Raj”, “Morskie Oko”. Czy znajdzie się ktoś oczarowany urokiem willi, kto przywróci je do życia? Współcześni inwestorzy ukraińscy rzadko szukają inspiracji w dawnej architekturze letniskowej.

Wracamy do centrum. Tu domy letniskowe w stylu “zakopiańskim” są w lepszym stanie. Użytkują je głównie sanatoria, które sąsiadują z prywatnymi posesjami. Budynki w centrum są często odnowione, ani śladu grządek z warzywami. Zamiast tego trawa, kwiaty, iglaki. Gdzieniegdzie altanki, ławeczki i tabliczki z informacją o pokojach do wynajęcia.

Turystyka to dobry biznes. Gości przybywa z roku na rok. Przyjeżdżają ze Lwowa, Iwano-Frankowska (Stanisławów), a także z bogatszych regionów Ukrainy: Kijowa, Donbasu. I z Rosji. Sporo jest Polaków, a po zniesieniu wiz dla obywateli UE także Niemców. Przyjeżdża diaspora z Kanady. Dlatego kto tylko może, remontuje dom, wykłada kafelkami łazienki, dobudowuje piętra i czeka na gości.

Kilkanaście lat temu baza turystyczna na Huculszczyźnie to były posowieckie sanatoria i turbazy (schroniska). Później doszły drogie hotele. Od kilku lat najszybciej rozwija się mały rodzinny biznes.

Telefon Saszki wygrywa arię z opery “Carmen”. To kolejni turyści. Tym razem jedenaście studentek z Winnicy. Trzeba odebrać je z dworca w Iwano-Frankiwsku. Sasza ma kłopot: w jego fordzie transicie jest dziewięć miejsc. Podobno ktoś w Tatarowie ma większy mikrobus. Trzeba się do niego dodzwonić. Związki między turystą i gospodarzem kwatery są tu silniejsze niż gdzie indziej. Gospodarze muszą zastąpić skromną infrastrukturę turystyczną: odbierają turystów z dworców, organizują wycieczki w góry, pełnią funkcję informacji turystycznej.

Kilka minut spaceru od dworca i jesteśmy na miejscu. “Gostinnyj dwir u Saszki” to parterowy dom z dobudowanym poddaszem. Wokół wypielęgnowany trawnik, sporo unikatowych okazów karpackiej roślinności, oczko wodne i altanki. Na podwórku dziewięcioletni Misza bawi się z psem, biega czteroletnia Ola. Gospodarstwa dogląda matka Saszki; żona jest jeszcze w szkole, uczy angielskiego.

Pokoje dla turystów: wiklinowe meble, telewizory. Łazienka wyłożona nowymi kafelkami, z armaturą z Cersanitu. - Pieniędzy za dużo nie miałem, wszystko wewnątrz i wokół domu sam zrobiłem - tłumaczy Sasza. - Ale ludzie przyjeżdżają, zarobek jest, więc można inwestować.

W ostatnich latach Jaremcze wzbogaciło się o nową dzielnicę wypoczynkową. Trzeba przejść mostem na Prucie, potem przez tory. Dalej wzdłuż rzeki, mijając słynne wodospady. Nową dzielnicę zbudowano na wzniesieniu. Z daleka widać obszar podzielony na działki, ogrodzone płotami niczym nowe polskie osiedla.

Zapewne budowano ją tak jak w anegdocie: “Rzecz dzieje się na Huculszczyźnie. Do majstrów przybiega goniec: panowie, jest zlecenie. Trzeba postawić dwupiętrowy dom na wzgórzu, zawrócić strumyk, aby przepływał obok, a do tego zasadzić jodły, wysokie na cztery metry, z równymi gałęziami. Tego się nie da zrobić - protestują. Facet jednak płaci każde pieniądze. Po roku biznesmen wychodzi na taras swojego letniego domu. Wokół góry, przed domem szemrze strumyk, szumią wysokie jodły. Ach, takiego piękna za żadne pieniądze nie kupisz!”. W istocie każda działka w tej części miasta to księstwo, na którym właściciel może stawiać, co chce. Trwa boom budowlany.
Zamożni Ukraińcy lubią wypoczywać w tłoku. Stare mercedesy, bmw i audi z przyciemnianymi szybami ciasno wypełniają parkingi przed pensjonatami i hotelami. Póki jest ciepło, ich właściciele namiętnie grilują nad Prutem, zagłuszając rzekę rosyjskim disco. W pensjonatach wybór pokoi: zwykły, ulepszony, półluks, luks, luks dwupokojowy.
Wyżej dojeżdżają już tylko nowsze modele zachodnich aut. Nad całą dzielnicą króluje ze wzgórza nowoczesny kompleks wypoczynkowy: to już standard czterogwiazdkowy. Pokój dwuosobowy kosztuje tu więcej niż płaca minimalna. Takie ceny mogą szokować nawet przybyszów z zamożnych krajów. Nic dziwnego, że zwykli ludzie szukają pokoi gościnnych lub biwakują w namiotach.

Ukraiński boom budowlany ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną: o ile każdy pakuje pieniądze we własne wille i działki, to nie widać ani kawałka zagospodarowanej przestrzeni wspólnej.

***
Ilce, jak wiele wsi Huculszczyzny, ciągną się kilometrami. Po obu stronach drogi drewniane domy ze spadzistymi dachami i przeszklonymi werandami. Niektóre wzbogacono o srebrne gipsowe elewacje.

Przy skrzyżowaniu z drogą na Berkut otwiera się widok na szczyty Czarnohory. Możemy dostrzec “Białego Słonia”, czyli ruiny przedwojennego obserwatorium astronomicznego na szczycie Popa Iwana, głównego obok Howerli szczytu w paśmie Czarnohory.

Stąd tylko kilkanaście kilometrów do Dzembroni, gdzie zaczyna się szlak na szczyty. Kiedyś stało tu Muzeum Huculskie, wybudowane przed wojną: w nowoczesnym, pięciokondygnacyjnym budynku z kamienia i cegły zgromadzono 5 tys. eksponatów. Po 1945 r. zbiory rozkradziono, a budynek zburzyła sowiecka władza.

Dziś życie w Ilcach toczy się wokół dwóch sklepów; przed nimi, przy stolikach mężczyźni popijają piwo. Jeden ze sklepów należy do Michała i Waseliny Kikinczuków. Od sklepu do ich posiadłości jest kilka kroków. Na niewielkiej działce stoją trzy budynki. Starszy dom rodzinny zbudowano w stylu huculskim; drugi, niedawno ukończony, prezentuje współczesną architekturę. Jest jeszcze budynek gospodarczy. Każdy metr zagospodarowano pod uprawę warzyw i drzew owocowych.

Gospodarza trudno zastać w domu, bez przerwy gdzieś jeździ. Pracy dużo, ale Misza nie narzeka. Najważniejsze, że starcza na studia dla córki, która chce być stomatologiem. A studia są płatne i drogie.
Misza, 50-latek, nim został przedsiębiorcą, kierował domem kultury. Pensja była skromna, więc postanowili z żoną pójść na swoje. Zaczęli od budowania domków letniskowych, potem doszedł sklep, na końcu agroturystyka. A cóż tu innego można robić, zakłady padły, tylko te góry, lasy... i - Misza uśmiecha się - turyści.
Babcia słucha rozmowy, kiwa głową. Jest dumna z syna i synowej. - Goście mają wszystko zapewnione: dojazd, wycieczki, dowożenie do ośrodków narciarskich - Misza wskazuje na nabytek, używanego 7-miejscowego fiata ulysse.

Sto metrów za sklepem Kikinczuków stoi tartak, podzielony na dwie części. Po prawej bezruch. Po lewej krzątają się robotnicy w kombinezonach, a drewno poukładane jest w stosy. Na paletach do transportu wpisano kraj docelowy: “Israel”.

Na każdym kroku nowe walczy ze starym. Otoczenie wciąż jest siermiężne: dziurawe chodniki, brak oświetlenia. Przypomina to Polskę z początku lat 90., z tą różnicą, że na Ukrainie nie widać aktywności samorządów terytorialnych. W Werchowynie, która jest jednym z centrów wypoczynkowych, nie ma nawet informacji turystycznej czy planu ulic. Gdy pytam Miszę, jak gmina wspiera turystykę, robi zdziwioną minę, podobnie jak wcześniej Sasza. - Nic nie robią - odpowiada.

Do ludzi nie dotarła jeszcze prawda, że wspólnie można więcej osiągnąć. Patrzę na drogę prowadzącą m.in. na posesję Miszy: nowym fordem focusem jedzie jeden z jego gości. Kierowca zagapił się i auto niemal zawisło. To drugi samochód, który dziś zahaczył podwoziem o kamienie. Ale nikt nie zamierza nic z tym zrobić. Co za ogrodzeniem, to ziemia niczyja.

Co nie znaczy, że ludzie ciężko nie pracują. Saszka twierdzi, że lubi, to co robi, a pieniądze mu nie przeszkadzają. Jego żonie natomiast znakomicie ułatwiają modernizację domu. Misza i Waselina pracują głównie dla córek: dla takich jak oni wykształcenie dzieci jest życiowym celem.

Mieszkający w pobliżu Kikinczuków Medwedczukowie mają dwoje dzieci na studiach: ekonomii i turystyce. Za jedne i drugie trzeba płacić. Pięć lat temu oboje stracili pracę po upadku kombinatu drzewnego. Teraz Irena przyjmuje turystów, a Wasyl buduje domy w Kijowie. Inni szukają zarobku za granicą.

***
Koniec ZSRR oznaczał tu upadek większości zakładów i bezrobocie. Mimo to na Zachodniej Ukrainie mało kto tęskni za Sowietami. - Niemal każda rodzina była represjonowana, ludzie pamiętają - zauważa Roman Kumłyk, muzyk i właściciel muzeum huculskiego w Werchowynie.

- Jakie mam plany? - zastanawia się Sasza. - Aby to wreszcie skończyć - pokazuje domek dla turystów. - No i chciałbym jeszcze kupić komputer dla syna.

Kikinczukowie zamierzają również postawić drewniany dom z sauną i basenem. Misza: - Chcielibyśmy, by dochody ze sklepu starczyły na życie, a z turystyki na dalsze inwestycje. Aby tylko więcej turystów przyjeżdżało, także z Polski.

Medwedczukowie także chcą rozwijać rodzinny biznes turystyczny. Razem z córką, gdy tylko skończy studia.

 

Gazeta Wyborcza – Turystyka (27-28 sierpnia 2005)

Szlaki Czarnohory: w sercu Huculszczyzny

Piotr Janczarek

Niedostępne, tajemnicze i dzikie. Karpaty Wschodnie od ponad stu lat przyciągają turystów, choć o drogę trzeba pytać pasterzy

Pojechaliśmy do Ilców, w samo serce Huculszczyzny. To dobry punkt wypadowy do podejmowania jednodniowych wypraw w Czarnohorę, najwyższe pasmo Karpat Ukraińskich, które tworzy 30-kilometrowy łuk od Pietrosa na północnym zachodzie do Popa Iwana na południowym wschodzie. U podnóża tych gór leżą największe ośrodki Huculszczyzny: Jaremcze, Worochta i Werchowyna. Zatrzymaliśmy się u rodziny Kikinczuków w czystych, ładnie umeblowanych pokojach, z jadalnią, telewizorem i łazienką.

***
Pop Iwan (2022 m n.p.m.) jest jednym z czterech dwutysięczników Czarnohory (pozostałe to Howerla, Brebenieskul, Gutin-Tomnatyk). Czerwony szlak na szczyt zaczyna się we wsi Dzembronia, 15 km od Ilców.

Ruszamy wcześnie rano taksówką (100 hrywien w obie strony), bo gospodarze odradzili nam jazdę samochodem - droga jest kiepska, łatwo uszkodzić podwozie o kamienie. (Można też dojechać autobusem - wysiada się w Dzembroni przy kapliczce, skręca w prawo, dalej drogą cały czas prosto, ok. 3 km.)

Szlak zaczyna się na podwórku gospodarstwa, gdzie stoi krzyż upamiętniający partyzantów Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), a za nim duża tablica informacyjna Karpackiego Parku Narodowego. Przechodzimy, otwierając sobie furtkę. W razie wątpliwości trzeba pytać, to tutaj normalne.


Po półgodzinnym marszu dochodzimy do niewielkiego gospodarstwa. Tu droga się rozwidla. Skręciwszy w prawo, idziemy przez ogrodzone pastwiska (uwaga na byki, nie zawsze chcą zejść z drogi!). Dalej leśną ścieżką, wokół wysokie świerki i buki. Kiedy drzewa się kończą, stajemy naprzeciw wodospadów. Fantastyczny widok! W wodzie spadającej z dużej wysokości odbijają się promienie słońca. W tym miejscu zaczyna się roślinność wysokogórska: kosodrzewina, olchy i jałowce. Na Smotrecz (1818 m) wspinamy się udeptaną ścieżką, mając z jednej strony panoramę Dzembroni, z drugiej - grzbiety Czarnohory. Przedzierając się przez ponaddwumetrową kosówkę, docieramy do charakterystycznych skał. Tu trzeba skręcić w lewo, jak pokazuje czerwona strzałka. Olbrzymie głazy z piaskowca wyznaczają szlak na szczyt Smotrecza, najbardziej oryginalny jest Uchaty Kamień.

Ze Smotrecza idziemy dalej połoniną. Od czasu do czasu spotykamy turystów (połowa to Polacy). W kotle doliny widać ruiny przedwojennego schroniska Akademickiego Zrzeszenia Sportowego (AZS) - przed wrześniem 1939 r. w Karpatach Wschodnich było 58 polskich schronisk i kilkanaście czechosłowackich, wytyczono ponad 2 tys. km szlaków górskich.

Dalsza droga prowadzi w pobliżu Pohanego Misca (Nieszczęśliwego Miejsca). Według legendy znajduje się tu grób pasterza zabitego przez piorun i pochowanego bez udziału księdza. Nieszczęsna dusza często daje o sobie znać, nękając pasterzy i turystów gwałtownymi burzami i wichurami. To miejsce nazywane jest też Czarnohorskim Trójkątem Bermudzkim, bo łatwo się tu zgubić. Nic dziwnego, szlak nie jest oznakowany. Wystarczy jednak trzymać się słupków dawnej granicy polsko-czechosłowackiej i na pewno dojdziemy do celu.

Granica biegła m.in. grzbietem Czarnohory od Howerli do Popa Iwana. W okresie międzywojennym często toczyły się tu walki między polską strażą graniczną a bojówkami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) wspieranymi przez wywiad czechosłowacki. Do dziś zachowały się nagrobki poległych strażników granicznych w Worochcie i Żabiem (Werchowynie).

Zrywa się gwałtowna wichura. Chmury zasłaniają słońce i górskie szczyty. Idzie się ciężko, prawie nic nie widać. Wreszcie tuż przed nami wyrastają potężne kamienne mury Obserwatorium Państwowego Instytutu Meteorologicznego - dotarliśmy na szczyt. Obserwatorium na Popie Iwanie (otwarte w 1938 r.) było najwyżej położoną, zamieszkaną budowlą II Rzeczypospolitej. Miało pięć pięter i 43 pomieszczenia. "Białego słonia", jak je nazywano, wyposażono w najnowocześniejszą na owe czasy aparaturę. Była tu również placówka straży granicznej. 17 września 1939 r. personel opuścił budynek, wywożąc najcenniejszy sprzęt na Węgry. W czasie wojny obserwatorium przejęli Niemcy, potem Węgrzy, wreszcie zdewastowała je miejscowa ludność.

Zachowały się mury, wewnątrz schody, fragmenty pomieszczeń i kanalizacji. Nad głównym wejściem widać resztki stylizowanego Orła ze śladami po kulach. Niżej pozostałości kotłowni z zardzewiałymi piecami centralnego ogrzewania i kaloryferami. Odpoczywamy i schodzimy w dół tą samą trasą. Dusza pasterza nie daje za wygraną.

Wyprawa na Popa Iwana zajęła nam ok. dziewięciu godzin. Można ją polecić doświadczonym turystom, osoby z mniejszym doświadczeniem powinny iść z przewodnikiem. Warto wcześniej zadbać o powrót na kwaterę i zamówić sobie transport, bo wieczorem nie można liczyć na żadną komunikację.

***
Na Howerlę (2061 m n.p.m.), najwyższy szczyt Karpat Ukraińskich, najprościej wejść od schroniska Zaroślak. Z Ilców jedziemy samochodem w kierunku Werchowyny (do schroniska nie kursują autobusy, z Worochty lub Werchowyny taksówką ok. 50 hrywien), tuż przed nią skręcamy w lewo "Na Gowerlu", jak pokazuje drogowskaz. Po kilku kilometrach - szlaban, za nim zaczyna się Karpacki Rezerwat Państwowy. Trzeba zapłacić 2 hrywny od osoby, podać numer samochodu i można dalej jechać do samego Zaroślaka (uwaga na doły i wystające kamienie!).
Czerwony szlak na Howerlę jest dobrze oznakowany. Od kapliczki ruszamy prosto, jak pokazuje strzałka. Idziemy świerkowym lasem wzdłuż Prutu, który ma tu swoje źródła. Po blisko 40 min docieramy do pierwszego słupka dawnej granicy (odtąd one będą wyznaczać szlak). Dochodzimy do skraju połoniny, przez kosodrzewinę przeprawiamy się do Małej Howerli, a potem ostra wspinaczka na szczyt i - po pięciu godzinach wędrówki wspaniała nagroda - panorama Karpat Ukraińskich i Rumuńskich.

Howerla (z rumuńskiego hovirla, czyli trudne do przejścia) jest dla Ukraińców symbolem - wielu uważa zdobycie szczytu za swój narodowy obowiązek. Wejście nań było przed pomarańczową rewolucją formą deklaracji polityczno-ideowej. Od kilku lat corocznie wspinają się tam grupy zwolenników "Naszej Ukrainy" z Wiktorem Juszczenką. W połowie lipca przybyło tu 18 tys. osób!

Z Zaroślaka dojdziemy też do polodowcowego jeziora Niesamowitego (1750 m n.p.m.) u stóp szczytu Turkuł (1933 m n.p.m.). Przechodzimy przez most, dalej drogą wybudowaną jeszcze przez Austriaków, potem udeptaną ścieżką (szlak jest nieoznaczony). Jezioro (80 m długości, 45 szerokości) ma niezwykły, sinoniebieski kolor.

Wracamy przez połoninę Maryszewską i Pożyżewską. Niemal przez cały towarzyszą nam piękne widoki na pasmo Czarnohory.

***
Na tym wzniesieniu od ponad stu lat odbywały się ludowe zabawy w święto Narodzenia Maryi Panny. Pamiątką po nich są napisy wyryte na olbrzymich głazach wieńczących szczyt (najstarszy, jaki znalazłem - dowód miłości do pewnej Marii pochodził z 1917 r.). W latach międzywojennych swoje nazwiska wykuli żołnierze ze straży granicznej i saperzy. Wejście na Pisany Kamień znajduje się 8 km za Werchowyną w kierunku Kosowa. Dojechaliśmy tam taksówką z Werchowyny (25 hrywien). Jadąc mikrobusem (linia do Kosowa i Kołomyi), trzeba poprosić kierowcę, aby zatrzymał przy drodze na Pisany Kamień.

Od szosy nieoznaczony szlak prowadzi prosto do gospodarstw położonych w górach. Dalej idziemy leśną ścieżką na szczyt wzniesienia. Tu skręcamy w lewo, a potem prosto na Pisany Kamień (można zapytać o drogę pasterzy). Wracamy do Werchowyny mikrobusem (1 hrywna).

***
Wycieczkę po Huculszczyźnie zaczynamy od Jaremczy, miasteczka nazywanego perłą Karpat Ukraińskich (określenie trochę na wyrost). Jaremcze rozwijało się szybko w latach 20. i 30. XX w. Z tych czasów pozostało kilka pięknych drewnianych willi i pensjonatów, teraz są w nich sanatoria. Niestety, wille nad Prutem są zdewastowane. Oglądamy wodospady na Prucie, a na huculskim jarmarku kupujemy drewniane szkatułki, solniczki, koraliki, wyszywane serwetki.

W Worochcie zatrzymujemy się przy wiaduktach kolejowych z końca XIX w. Biegnąca tędy (czynna do dziś) linia kolejowa była arcydziełem sztuki inżynierskiej. Zwiedzamy ruiny polskiego kościoła, cmentarz i drewnianą cerkiew z XVIII w. Worochta, przed wojną znana wieś letniskowa, miała bezpośrednie połączenie kolejowe z Warszawą.
Werchowyna przeszła do legendy polskiej turystyki pod nazwą Żabie, zmienioną w 1962 r. Z dawnego kurortu, niestety, nic nie zostało. Będąc tu, trzeba koniecznie odwiedzić Romana Kumłyka, twórcę prywatnego muzeum huculskiego i kierownika zespołu Czeremosz (często koncertuje w Polsce). Obejrzeliśmy bogatą kolekcję instrumentów muzycznych (m.in. huculskie dudy i trembity), stroje, z których najstarsze pochodzą z początku XIX w., przedmioty codziennego użytku, stare fotografie. Gospodarz opowiedział nam (płynną polszczyzną) o swoich zbiorach, o dziejach Huculszczyzny, obyczajach, języku. Wysłuchaliśmy koncertu na trembicie, dudach, cymbałach i skrzypcach (muzeum można zwiedzać, kiedy gospodarz jest w domu, tel. 00380 3432 2 17 44, wstęp wolny, ale wypada zostawić parę groszy).

Z Werchowyną graniczy wieś Krzyworównia, w czasach austro-węgierskich nazywana letnią stolicą kultury ukraińskiej. Wakacje spędzali tu pisarze, badacze kultury, malarze, np. Iwan Franko czy poetka Łesia Ukrainka. Krzyworównię chętnie odwiedzali także Polacy. Tutaj miał dom Stanisław Vincenz, twórca epopei huculskiej "Na wysokiej połoninie". Zwiedzamy też muzeum Iwana Franki z wystawą poświęconą Vincenzowi (czynne 10-16, bilet 2 hrywny). Niedaleko znajduje się grażda - huculskie domostwo z 1750 r. Oprowadzają po nim gospodarze sąsiedniego domu (zapłata według uznania).

Z Krzyworówni jedziemy do Kołomyi (ok. 30 km). To blisko 70-tys. miasto jest jednym z najładniejszych, jakie widzieliśmy na Zachodniej Ukrainie. Spacerujemy po odnowionym centrum, gdzie uwagę zwraca ratusz (dawniej siedziba towarzystwa Sokół). Zwiedzamy kościół jezuicki, ponownie otwarty w 1990 r. Jest też Muzeum Pisanek oraz Muzeum Huculszczyzny i Pokucia (oba czynne 10-18, oprócz poniedziałków, bilet 2 hrywny).
***
Kto tu przyjedzie, nie pożałuje - mawiają miejscowi. To prawda. Szkoda tylko że tak szybko znikła pamięć o wspólnej, ukraińskiej i polskiej historii Huculszczyzny.

 Powrót