Artykuły, reportaże
Huculi
idą do biznesu |
|
Szlaki Czarnohory: w sercu Huculszczyzny
- Gazeta Wyborcza – Turystyka (27-28 sierpnia 2005) |
Ukraińska prowincja:
opowieść o ludziach, którzy inwestują w turystykę oraz w wykształcenie swoich dzieci
Huculszczyzna,
legendarny region w Polsce międzywojennej, o randze Zakopanego. Dorobek ten zmarnowano w
czasach ZSRR. Dziś Huculszczyzna wraca do tradycji dzięki zaradnym ludziom. Takim jak
Saszka, Kikinczukowie, Medwedczukowie.
Piotr Janczarek
Główna ulica Jaremcza. Po prawej ładny
budynek przedwojennego dworca, po lewej ściany gór, schodzące do Prutu. Na wprost
wyniosłe szczyty Gorganów. Miasteczko, nieco na wyrost nazwane “perłą ukraińskich
Karpat”, robi przyjemne wrażenie: centrum zadbane, niedawno pojawiły się drogowskazy.
Skręcamy nad Prut. Ten
zakątek, pięknie położony wśród starych drzew, do dziś nosi nazwę “Morskie
Oko”. Przed wojną była to dzielnica willowa. Pozostały po niej ruiny modernistycznych
budynków.
Prowadzi Sasza,
30-latek. Do niedawna inżynier i porucznik ukraińskiej armii, teraz właściciel
pensjonatu i przewodnik górski. Schodzimy ku rzece po resztkach schodów; gdzieniegdzie
zachowały się zdobione, stalowe poręcze. Zaglądamy w okna bez szyb, przez które
widać lekarskie wagi, biurka, sprzęt sanatoryjny. Po 1945 r. budynki zajęły
socjalistyczne sanatoria i eksploatowano je, póki się dało, a potem porzucono.
Na stronie internetowej
Jaremczy można przeczytać, że przed 1939 r. działało tu 45 pensjonatów, takich jak:
“Warszawianka”, “Raj”, “Morskie Oko”. Czy znajdzie się ktoś oczarowany
urokiem willi, kto przywróci je do życia? Współcześni inwestorzy ukraińscy rzadko
szukają inspiracji w dawnej architekturze letniskowej.
Wracamy do centrum. Tu
domy letniskowe w stylu “zakopiańskim” są w lepszym stanie. Użytkują je głównie
sanatoria, które sąsiadują z prywatnymi posesjami. Budynki w centrum są często
odnowione, ani śladu grządek z warzywami. Zamiast tego trawa, kwiaty, iglaki.
Gdzieniegdzie altanki, ławeczki i tabliczki z informacją o pokojach do wynajęcia.
Turystyka to dobry biznes. Gości przybywa z
roku na rok. Przyjeżdżają ze Lwowa, Iwano-Frankowska (Stanisławów), a także z
bogatszych regionów Ukrainy: Kijowa, Donbasu. I z Rosji. Sporo jest Polaków, a po
zniesieniu wiz dla obywateli UE także Niemców. Przyjeżdża diaspora z Kanady. Dlatego
kto tylko może, remontuje dom, wykłada kafelkami łazienki, dobudowuje piętra i czeka
na gości.
Kilkanaście lat temu
baza turystyczna na Huculszczyźnie to były posowieckie sanatoria i turbazy (schroniska).
Później doszły drogie hotele. Od kilku lat najszybciej rozwija się mały rodzinny
biznes.
Telefon Saszki wygrywa
arię z opery “Carmen”. To kolejni turyści. Tym razem jedenaście studentek z
Winnicy. Trzeba odebrać je z dworca w Iwano-Frankiwsku. Sasza ma kłopot: w jego fordzie
transicie jest dziewięć miejsc. Podobno ktoś w Tatarowie ma większy mikrobus. Trzeba
się do niego dodzwonić. Związki między turystą i gospodarzem kwatery są tu
silniejsze niż gdzie indziej. Gospodarze muszą zastąpić skromną infrastrukturę
turystyczną: odbierają turystów z dworców, organizują wycieczki w góry, pełnią
funkcję informacji turystycznej.
Kilka
minut spaceru od dworca i jesteśmy na miejscu. “Gostinnyj dwir u Saszki” to parterowy
dom z dobudowanym poddaszem. Wokół wypielęgnowany trawnik, sporo unikatowych okazów
karpackiej roślinności, oczko wodne i altanki. Na podwórku dziewięcioletni Misza bawi
się z psem, biega czteroletnia Ola. Gospodarstwa dogląda matka Saszki; żona jest
jeszcze w szkole, uczy angielskiego.
Pokoje dla turystów:
wiklinowe meble, telewizory. Łazienka wyłożona nowymi kafelkami, z armaturą z
Cersanitu. - Pieniędzy za dużo nie miałem, wszystko wewnątrz i wokół domu sam
zrobiłem - tłumaczy Sasza. - Ale ludzie przyjeżdżają, zarobek jest, więc można
inwestować.
W ostatnich latach
Jaremcze wzbogaciło się o nową dzielnicę wypoczynkową. Trzeba przejść mostem na
Prucie, potem przez tory. Dalej wzdłuż rzeki, mijając słynne wodospady. Nową
dzielnicę zbudowano na wzniesieniu. Z daleka widać obszar podzielony na działki,
ogrodzone płotami niczym nowe polskie osiedla.
Zapewne budowano ją tak jak w
anegdocie: “Rzecz dzieje się na Huculszczyźnie. Do majstrów przybiega goniec:
panowie, jest zlecenie. Trzeba postawić dwupiętrowy dom na wzgórzu, zawrócić strumyk,
aby przepływał obok, a do tego zasadzić jodły, wysokie na cztery metry, z równymi
gałęziami. Tego się nie da zrobić - protestują. Facet jednak płaci każde
pieniądze. Po roku biznesmen wychodzi na taras swojego letniego domu. Wokół góry,
przed domem szemrze strumyk, szumią wysokie jodły. Ach, takiego piękna za żadne
pieniądze nie kupisz!”. W istocie każda działka w tej części miasta to księstwo,
na którym właściciel może stawiać, co chce. Trwa boom budowlany.
Zamożni
Ukraińcy lubią wypoczywać w tłoku. Stare mercedesy, bmw i audi z przyciemnianymi
szybami ciasno wypełniają parkingi przed pensjonatami i hotelami. Póki jest ciepło,
ich właściciele namiętnie grilują nad Prutem, zagłuszając rzekę rosyjskim disco. W
pensjonatach wybór pokoi: zwykły, ulepszony, półluks, luks, luks dwupokojowy.
Wyżej
dojeżdżają już tylko nowsze modele zachodnich aut. Nad całą dzielnicą króluje ze
wzgórza nowoczesny kompleks wypoczynkowy: to już standard czterogwiazdkowy. Pokój
dwuosobowy kosztuje tu więcej niż płaca minimalna. Takie ceny mogą szokować nawet
przybyszów z zamożnych krajów. Nic dziwnego, że zwykli ludzie szukają pokoi
gościnnych lub biwakują w namiotach.
Ukraiński boom
budowlany ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną: o ile każdy pakuje pieniądze we
własne wille i działki, to nie widać ani kawałka zagospodarowanej przestrzeni
wspólnej.
***
Ilce,
jak wiele wsi Huculszczyzny, ciągną się kilometrami. Po obu stronach drogi drewniane
domy ze spadzistymi dachami i przeszklonymi werandami. Niektóre wzbogacono o srebrne
gipsowe elewacje.
Przy skrzyżowaniu z
drogą na Berkut otwiera się widok na szczyty Czarnohory. Możemy dostrzec “Białego
Słonia”, czyli ruiny przedwojennego obserwatorium astronomicznego na szczycie Popa
Iwana, głównego obok Howerli szczytu w paśmie Czarnohory.
Stąd tylko kilkanaście
kilometrów do Dzembroni, gdzie zaczyna się szlak na szczyty. Kiedyś stało tu Muzeum
Huculskie, wybudowane przed wojną: w nowoczesnym, pięciokondygnacyjnym budynku z
kamienia i cegły zgromadzono 5 tys. eksponatów. Po 1945 r. zbiory rozkradziono, a
budynek zburzyła sowiecka władza.
Dziś
życie w Ilcach toczy się wokół dwóch sklepów; przed nimi, przy stolikach
mężczyźni popijają piwo. Jeden ze sklepów należy do Michała i Waseliny
Kikinczuków. Od sklepu do ich posiadłości jest kilka kroków. Na niewielkiej działce
stoją trzy budynki. Starszy dom rodzinny zbudowano w stylu huculskim; drugi, niedawno
ukończony, prezentuje współczesną architekturę. Jest jeszcze budynek gospodarczy.
Każdy metr zagospodarowano pod uprawę warzyw i drzew owocowych.
Gospodarza trudno
zastać w domu, bez przerwy gdzieś jeździ. Pracy dużo, ale Misza nie narzeka.
Najważniejsze, że starcza na studia dla córki, która chce być stomatologiem. A studia
są płatne i drogie.
Misza,
50-latek, nim został przedsiębiorcą, kierował domem kultury. Pensja była skromna,
więc postanowili z żoną pójść na swoje. Zaczęli od budowania domków letniskowych,
potem doszedł sklep, na końcu agroturystyka. A cóż tu innego można robić, zakłady
padły, tylko te góry, lasy... i - Misza uśmiecha się - turyści.
Babcia
słucha rozmowy, kiwa głową. Jest dumna z syna i synowej. - Goście mają wszystko
zapewnione: dojazd, wycieczki, dowożenie do ośrodków narciarskich - Misza wskazuje na
nabytek, używanego 7-miejscowego fiata ulysse.
Sto metrów za sklepem Kikinczuków stoi tartak,
podzielony na dwie części. Po prawej bezruch. Po lewej krzątają się robotnicy w
kombinezonach, a drewno poukładane jest w stosy. Na paletach do transportu wpisano kraj
docelowy: “Israel”.
Na każdym kroku nowe
walczy ze starym. Otoczenie wciąż jest siermiężne: dziurawe chodniki, brak
oświetlenia. Przypomina to Polskę z początku lat 90., z tą różnicą, że na Ukrainie
nie widać aktywności samorządów terytorialnych. W Werchowynie, która jest jednym z
centrów wypoczynkowych, nie ma nawet informacji turystycznej czy planu ulic. Gdy pytam
Miszę, jak gmina wspiera turystykę, robi zdziwioną minę, podobnie jak wcześniej
Sasza. - Nic nie robią - odpowiada.
Do ludzi nie dotarła
jeszcze prawda, że wspólnie można więcej osiągnąć. Patrzę na drogę prowadzącą
m.in. na posesję Miszy: nowym fordem focusem jedzie jeden z jego gości. Kierowca
zagapił się i auto niemal zawisło. To drugi samochód, który dziś zahaczył podwoziem
o kamienie. Ale nikt nie zamierza nic z tym zrobić. Co za ogrodzeniem, to ziemia niczyja.
Co nie znaczy, że
ludzie ciężko nie pracują. Saszka twierdzi, że lubi, to co robi, a pieniądze mu nie
przeszkadzają. Jego żonie natomiast znakomicie ułatwiają modernizację domu. Misza i
Waselina pracują głównie dla córek: dla takich jak oni wykształcenie dzieci jest
życiowym celem.
Mieszkający w pobliżu
Kikinczuków Medwedczukowie mają dwoje dzieci na studiach: ekonomii i turystyce. Za jedne
i drugie trzeba płacić. Pięć lat temu oboje stracili pracę po upadku kombinatu
drzewnego. Teraz Irena przyjmuje turystów, a Wasyl buduje domy w Kijowie. Inni szukają
zarobku za granicą.
***
Koniec
ZSRR oznaczał tu upadek większości zakładów i bezrobocie. Mimo to na Zachodniej
Ukrainie mało kto tęskni za Sowietami. - Niemal każda rodzina była represjonowana,
ludzie pamiętają - zauważa Roman Kumłyk, muzyk i właściciel muzeum huculskiego w
Werchowynie.
- Jakie mam plany? -
zastanawia się Sasza. - Aby to wreszcie skończyć - pokazuje domek dla turystów. - No i
chciałbym jeszcze kupić komputer dla syna.
Kikinczukowie
zamierzają również postawić drewniany dom z sauną i basenem. Misza: - Chcielibyśmy,
by dochody ze sklepu starczyły na życie, a z turystyki na dalsze inwestycje. Aby tylko
więcej turystów przyjeżdżało, także z Polski.
Medwedczukowie także
chcą rozwijać rodzinny biznes turystyczny. Razem z córką, gdy
tylko skończy studia.
Gazeta Wyborcza – Turystyka (27-28 sierpnia 2005)
Szlaki Czarnohory: w sercu Huculszczyzny
Piotr Janczarek
Niedostępne, tajemnicze i dzikie.
Karpaty Wschodnie od ponad stu lat przyciągają turystów, choć o drogę trzeba pytać
pasterzy
Pojechaliśmy do Ilców, w samo
serce Huculszczyzny. To dobry punkt wypadowy do podejmowania jednodniowych wypraw w
Czarnohorę, najwyższe pasmo Karpat Ukraińskich, które tworzy 30-kilometrowy łuk od
Pietrosa na północnym zachodzie do Popa Iwana na południowym wschodzie. U podnóża
tych gór leżą największe ośrodki Huculszczyzny: Jaremcze, Worochta i Werchowyna.
Zatrzymaliśmy się u rodziny Kikinczuków w czystych, ładnie umeblowanych pokojach, z
jadalnią, telewizorem i łazienką.
***
Pop Iwan (2022 m n.p.m.) jest jednym z czterech dwutysięczników Czarnohory (pozostałe
to Howerla, Brebenieskul, Gutin-Tomnatyk). Czerwony szlak na szczyt zaczyna się we wsi
Dzembronia, 15 km od Ilców.
Ruszamy wcześnie rano taksówką
(100 hrywien w obie strony), bo gospodarze odradzili nam jazdę samochodem - droga jest
kiepska, łatwo uszkodzić podwozie o kamienie. (Można też dojechać autobusem - wysiada
się w Dzembroni przy kapliczce, skręca w prawo, dalej drogą cały czas prosto, ok. 3
km.)
Szlak zaczyna się na podwórku
gospodarstwa, gdzie stoi krzyż upamiętniający partyzantów Ukraińskiej Powstańczej
Armii (UPA), a za nim duża tablica informacyjna Karpackiego Parku Narodowego.
Przechodzimy, otwierając sobie furtkę. W razie wątpliwości trzeba pytać, to tutaj
normalne.
Po półgodzinnym marszu dochodzimy do niewielkiego gospodarstwa. Tu droga się rozwidla.
Skręciwszy w prawo, idziemy przez ogrodzone pastwiska (uwaga na byki, nie zawsze chcą
zejść z drogi!). Dalej leśną ścieżką, wokół wysokie świerki i buki. Kiedy drzewa
się kończą, stajemy naprzeciw wodospadów. Fantastyczny widok! W wodzie spadającej z
dużej wysokości odbijają się promienie słońca. W tym miejscu zaczyna się
roślinność wysokogórska: kosodrzewina, olchy i jałowce. Na Smotrecz (1818 m) wspinamy
się udeptaną ścieżką, mając z jednej strony panoramę Dzembroni, z drugiej -
grzbiety Czarnohory. Przedzierając się przez ponaddwumetrową kosówkę, docieramy do
charakterystycznych skał. Tu trzeba skręcić w lewo, jak pokazuje czerwona strzałka.
Olbrzymie głazy z piaskowca wyznaczają szlak na szczyt Smotrecza, najbardziej oryginalny
jest Uchaty Kamień.
Ze Smotrecza idziemy dalej
połoniną. Od czasu do czasu spotykamy turystów (połowa to Polacy). W kotle doliny
widać ruiny przedwojennego schroniska Akademickiego Zrzeszenia Sportowego (AZS) - przed
wrześniem 1939 r. w Karpatach Wschodnich było 58 polskich schronisk i kilkanaście
czechosłowackich, wytyczono ponad 2 tys. km szlaków górskich.
Dalsza droga prowadzi w pobliżu
Pohanego Misca (Nieszczęśliwego Miejsca). Według legendy znajduje się tu grób
pasterza zabitego przez piorun i pochowanego bez udziału księdza. Nieszczęsna dusza
często daje o sobie znać, nękając pasterzy i turystów gwałtownymi burzami i
wichurami. To miejsce nazywane jest też Czarnohorskim Trójkątem Bermudzkim, bo łatwo
się tu zgubić. Nic dziwnego, szlak nie jest oznakowany. Wystarczy jednak trzymać się
słupków dawnej granicy polsko-czechosłowackiej i na pewno dojdziemy do celu.
Granica biegła m.in. grzbietem
Czarnohory od Howerli do Popa Iwana. W okresie międzywojennym często toczyły się tu
walki między polską strażą graniczną a bojówkami Organizacji Ukraińskich
Nacjonalistów (OUN) wspieranymi przez wywiad czechosłowacki. Do dziś zachowały się
nagrobki poległych strażników granicznych w Worochcie i Żabiem (Werchowynie).
Zrywa się gwałtowna wichura.
Chmury zasłaniają słońce i górskie szczyty. Idzie się ciężko, prawie nic nie
widać. Wreszcie tuż przed nami wyrastają potężne kamienne mury Obserwatorium
Państwowego Instytutu Meteorologicznego - dotarliśmy na szczyt. Obserwatorium na Popie
Iwanie (otwarte w 1938 r.) było najwyżej położoną, zamieszkaną budowlą II
Rzeczypospolitej. Miało pięć pięter i 43 pomieszczenia. "Białego słonia",
jak je nazywano, wyposażono w najnowocześniejszą na owe czasy aparaturę. Była tu
również placówka straży granicznej. 17 września 1939 r. personel opuścił budynek,
wywożąc najcenniejszy sprzęt na Węgry. W czasie wojny obserwatorium przejęli Niemcy,
potem Węgrzy, wreszcie zdewastowała je miejscowa ludność.
Zachowały się mury, wewnątrz
schody, fragmenty pomieszczeń i kanalizacji. Nad głównym wejściem widać resztki
stylizowanego Orła ze śladami po kulach. Niżej pozostałości kotłowni z
zardzewiałymi piecami centralnego ogrzewania i kaloryferami. Odpoczywamy i schodzimy w
dół tą samą trasą. Dusza pasterza nie daje za wygraną.
Wyprawa na Popa Iwana zajęła nam
ok. dziewięciu godzin. Można ją polecić doświadczonym turystom, osoby z mniejszym
doświadczeniem powinny iść z przewodnikiem. Warto wcześniej zadbać o powrót na
kwaterę i zamówić sobie transport, bo wieczorem nie można liczyć na żadną
komunikację.
***
Na Howerlę (2061 m n.p.m.), najwyższy szczyt Karpat Ukraińskich, najprościej wejść
od schroniska Zaroślak. Z Ilców jedziemy samochodem w kierunku Werchowyny (do schroniska
nie kursują autobusy, z Worochty lub Werchowyny taksówką ok. 50 hrywien), tuż przed
nią skręcamy w lewo "Na Gowerlu", jak pokazuje drogowskaz. Po kilku
kilometrach - szlaban, za nim zaczyna się Karpacki Rezerwat Państwowy. Trzeba zapłacić
2 hrywny od osoby, podać numer samochodu i można dalej jechać do samego Zaroślaka
(uwaga na doły i wystające kamienie!).
Czerwony szlak na Howerlę jest dobrze oznakowany. Od kapliczki ruszamy prosto, jak
pokazuje strzałka. Idziemy świerkowym lasem wzdłuż Prutu, który ma tu swoje
źródła. Po blisko 40 min docieramy do pierwszego słupka dawnej granicy (odtąd one
będą wyznaczać szlak). Dochodzimy do skraju połoniny, przez kosodrzewinę przeprawiamy
się do Małej Howerli, a potem ostra wspinaczka na szczyt i - po pięciu godzinach
wędrówki wspaniała nagroda - panorama Karpat Ukraińskich i Rumuńskich.
Howerla (z rumuńskiego hovirla,
czyli trudne do przejścia) jest dla Ukraińców symbolem - wielu uważa zdobycie szczytu
za swój narodowy obowiązek. Wejście nań było przed pomarańczową rewolucją formą
deklaracji polityczno-ideowej. Od kilku lat corocznie wspinają się tam grupy
zwolenników "Naszej Ukrainy" z Wiktorem Juszczenką. W połowie lipca przybyło
tu 18 tys. osób!
Z Zaroślaka dojdziemy też do
polodowcowego jeziora Niesamowitego (1750 m n.p.m.) u stóp szczytu Turkuł (1933 m
n.p.m.). Przechodzimy przez most, dalej drogą wybudowaną jeszcze przez Austriaków,
potem udeptaną ścieżką (szlak jest nieoznaczony). Jezioro (80 m długości, 45
szerokości) ma niezwykły, sinoniebieski kolor.
Wracamy przez połoninę
Maryszewską i Pożyżewską. Niemal przez cały towarzyszą nam piękne widoki na pasmo
Czarnohory.
***
Na tym wzniesieniu od ponad stu lat odbywały się ludowe zabawy w święto Narodzenia
Maryi Panny. Pamiątką po nich są napisy wyryte na olbrzymich głazach wieńczących
szczyt (najstarszy, jaki znalazłem - dowód miłości do pewnej Marii pochodził z 1917
r.). W latach międzywojennych swoje nazwiska wykuli żołnierze ze straży granicznej i
saperzy. Wejście na Pisany Kamień znajduje się 8 km za Werchowyną w kierunku Kosowa.
Dojechaliśmy tam taksówką z Werchowyny (25 hrywien). Jadąc mikrobusem (linia do Kosowa
i Kołomyi), trzeba poprosić kierowcę, aby zatrzymał przy drodze na Pisany Kamień.
Od szosy nieoznaczony szlak
prowadzi prosto do gospodarstw położonych w górach. Dalej idziemy leśną ścieżką na
szczyt wzniesienia. Tu skręcamy w lewo, a potem prosto na Pisany Kamień (można zapytać
o drogę pasterzy). Wracamy do Werchowyny mikrobusem (1 hrywna).
***
Wycieczkę po Huculszczyźnie zaczynamy od Jaremczy, miasteczka nazywanego perłą Karpat
Ukraińskich (określenie trochę na wyrost). Jaremcze rozwijało się szybko w latach 20.
i 30. XX w. Z tych czasów pozostało kilka pięknych drewnianych willi i pensjonatów,
teraz są w nich sanatoria. Niestety, wille nad Prutem są zdewastowane. Oglądamy
wodospady na Prucie, a na huculskim jarmarku kupujemy drewniane szkatułki, solniczki,
koraliki, wyszywane serwetki.
W Worochcie zatrzymujemy się przy
wiaduktach kolejowych z końca XIX w. Biegnąca tędy (czynna do dziś) linia kolejowa
była arcydziełem sztuki inżynierskiej. Zwiedzamy ruiny polskiego kościoła, cmentarz i
drewnianą cerkiew z XVIII w. Worochta, przed wojną znana wieś letniskowa, miała
bezpośrednie połączenie kolejowe z Warszawą.
Werchowyna przeszła do legendy polskiej turystyki pod nazwą Żabie, zmienioną w 1962 r.
Z dawnego kurortu, niestety, nic nie zostało. Będąc tu, trzeba koniecznie odwiedzić
Romana Kumłyka, twórcę prywatnego muzeum huculskiego i kierownika zespołu Czeremosz
(często koncertuje w Polsce). Obejrzeliśmy bogatą kolekcję instrumentów muzycznych
(m.in. huculskie dudy i trembity), stroje, z których najstarsze pochodzą z początku XIX
w., przedmioty codziennego użytku, stare fotografie. Gospodarz opowiedział nam (płynną
polszczyzną) o swoich zbiorach, o dziejach Huculszczyzny, obyczajach, języku.
Wysłuchaliśmy koncertu na trembicie, dudach, cymbałach i skrzypcach (muzeum można
zwiedzać, kiedy gospodarz jest w domu, tel. 00380 3432 2 17 44, wstęp wolny, ale wypada
zostawić parę groszy).
Z Werchowyną graniczy wieś
Krzyworównia, w czasach austro-węgierskich nazywana letnią stolicą kultury
ukraińskiej. Wakacje spędzali tu pisarze, badacze kultury, malarze, np. Iwan Franko czy
poetka Łesia Ukrainka. Krzyworównię chętnie odwiedzali także Polacy. Tutaj miał dom
Stanisław Vincenz, twórca epopei huculskiej "Na wysokiej połoninie".
Zwiedzamy też muzeum Iwana Franki z wystawą poświęconą Vincenzowi (czynne 10-16,
bilet 2 hrywny). Niedaleko znajduje się grażda - huculskie domostwo z 1750 r.
Oprowadzają po nim gospodarze sąsiedniego domu (zapłata według uznania).
Z Krzyworówni jedziemy do
Kołomyi (ok. 30 km). To blisko 70-tys. miasto jest jednym z najładniejszych, jakie
widzieliśmy na Zachodniej Ukrainie. Spacerujemy po odnowionym centrum, gdzie uwagę
zwraca ratusz (dawniej siedziba towarzystwa Sokół). Zwiedzamy kościół jezuicki,
ponownie otwarty w 1990 r. Jest też Muzeum Pisanek oraz Muzeum Huculszczyzny i Pokucia
(oba czynne 10-18, oprócz poniedziałków, bilet 2 hrywny).
***
Kto tu przyjedzie, nie pożałuje - mawiają miejscowi. To prawda. Szkoda tylko że tak
szybko znikła pamięć o wspólnej, ukraińskiej i polskiej historii Huculszczyzny.